Powyższą powieść obowiązują prawa autorskie, rozpowszechnianie i kopiowanie SUROWO ZABRONIONE!
 
The White Whisper
Czerwone róże...  
  HOMEPAGE
  Miłości Potępione
  Kontakt
  FanArty
  News
  Strony czytelników
  LOGOWANIE
 
  DOSTĘPNE ROZDZIAŁY:
  1. Czarna perła
  2. Kryształowy charakter
  -
(C) Barbara Rosiak
1. Czarna perła

< Poprzedni rozdział                           Homepage                           Następny rozdział >



1. Czarna perła




List od Sophie Le Boucher do jej kuzynki, Liselotte Berge. 

Droga Lottie,
Wierzę, że mój ostatni list rozchmurzył troszkę Twój nastrój. Z niecierpliwością czekałam na Twoją odpowiedź, ale to, co mi napisałaś wręcz zaparło mi dech w piersiach. Nie mogłam uwierzyć w to, czym się ze mną podzieliłaś, ale jestem Ci za to wdzięczna. Chciałabym jakoś Cię pocieszyć, dodać Ci otuchy w tej niezręcznej sytuacji, ale nie mam pojęcia w jaki sposób tego dokonać. Może opowiem Ci, co nowego słychać u mnie, w Paryżu.
Ostatnio moi rodzice wydają coraz więcej przyjęć, a liczba gości ciągle wzrasta. Lista zaproszonych wciąż poszerzana jest o nowe nazwiska. Właśnie wróciłam z kolejnego balu, kiedy poseł przywiózł wiadomość od ciebie. Nie wyobrażasz sobie, jaki ból odczuwam po ostatnich tańcach. Przetańczyłam niemal całą noc. Nóg prawie nie czuję! Rodzice nie pozwalają mi opuścić sali balowej, dopóty, dopóki nie pożegnam z nimi wszystkich gości. A uwierz mi, rodzice postarali się, aby było kogo żegnać.
Catherine niezwykle przejęła się twoim listem (oczywiście znalazła go, zanim zdążyłam sama go przeczytać). Prosiła, żebym Cię pozdrowiła i pocieszyła w jej imieniu. Jednak nawet w sama nie potrafię rozchmurzyć twojego nastroju. Poprosiła również, abym przybliżyła Ci nieco postać pewnego mężczyzny, na którego względy powinnaś zwrócić uwagę, a pewna jestem, że takich doświadczysz.
Na jednym z ostatnich przyjęć pojawił się pewien młody hrabia, niejaki Gerard Chervot. Madame Tirell przedstawiła go ojcu na swoim przyjęciu. Nie wiem dokładnie, kiedy, ale ojciec mówi, że zna go już od jakiegoś czasu. Nie wyobrażasz sobie nawet, jaki to przystojny mężczyzna, kochana Lottie! Niezwykle czarujący i dobrze wychowany. Jest bystry i inteligentny. Wiem, że jesteś wybredna, ale on z pewnością przypadłby Ci do gustu. Zaszczycił nas swoją obecnością na dzisiejszym balu. Poświęcił mi trzy tańce. Tańczy niemal tak dobrze, jak monsieur Vigneron. Oczarował wszystkich, był duszą towarzystwa. Rodzice planują zaprosić go na kolejne tańce.
Romain też był dzisiaj na balu. Zaręczył się ostatnio z panną Churst, siostrzenicą madame Tirell. Pobierają się tej jesieni. Wiesz, że nie uważam tej pory roku za dobrą dla związków. Pytał mnie, kiedy w końcu będzie miał okazję z tobą porozmawiać.
Wszyscy tu za tobą tęsknimy, droga Lottie. I uważam, że nasz drogi monsieur Vigneron ma całkowitą rację. Powinnaś zawitać do Paryża i zaszczycić nas swoją obecnością na kolejnym balu. Przyda Ci się wyjazd z Argenteuil. Na problemy najlepiej jest bowiem patrzeć z innej perspektywy. To idealna okazja do zawarcia nowych znajomości. Zamążpójście to nic złego, musisz jedynie znaleźć odpowiedniego mężczyznę. Szkoda, że tacy trafiają się bardzo rzadko (na szczęście znalazłyśmy dla Ciebie z Catherine paru interesujących mężczyzn).
Twoja kochająca i oddana przyjaciółka
Sophie Le Boucher

*

Odpowiedz panny Berge; dostarczona pannie Le Boucher dwa dni później.

Droga Sophie,
W tej chwili nic nie zdoła mnie pocieszyć, chociaż uśmiecham się, kiedy na kopercie widnieje twoje nazwisko.
Przygnębia mnie myśl, że moje szczęśliwe lata dobiegają końca. Nie mam na nic ochoty. Dobrze wiem, że małżeństwo zakończy beztroskie lata mojej młodości. Skończą się zalotne spojrzenia, ustaną czarujące uśmiechy. Taniec i muzyka stracą dla mnie jakiekolwiek znaczenie, stanę się wrakiem samej siebie. Prędko zostanę zapracowaną kurą domową. Nie będę miała ani chwili czasu, który mogłabym poświęcić na myśli o romantycznych historiach i powieściach o nieszczęśliwej miłości, które tak bardzo lubiłyśmy razem czytać. Dziękuję Ci jednak za próby przywrócenia mi humoru.
Rodzice pragną, abym prędko wyszła za mąż. Powszechnie wiadomo, że na staropanieństwo patrzy się z pogardą, ale wolę to niż zniewolenie przez jednego mężczyznę na resztę mojego życia. Wiesz dobrze, że na świecie nie ma mężczyzny, który mógłby posiąść moje serce. Ten, na którego zawsze będę czekać prawdopodobnie nigdy się nie pojawi, a moja żywiołowa dusza na zawsze pozostanie niezaspokojona przez inną, szaloną podobnie jak moja. W nikim nigdy nie znajdę odpowiedniego towarzysza na resztę życia, bo mężczyzna moich marzeń nie istnieje w realnym świecie…
Rada jestem, że zadajecie sobie z Catherine tyle trudu, by znaleźć mężczyznę w tłumie tych wstrętnych imitacji. Niestety, tacy istnieją jedynie w tych wszystkich przeczytanych przez nas powieściach i są tworami wyobraźni kobiet równie nieszczęśliwych jak my. Darujcie sobie, kochane. Z tego i tak nic nie wyniknie.
Rodzice z entuzjazmem podchodzą do twojego pomysłu zawitania w Paryżu. Molly już otrzymała rozkaz spakowania wszystkich moich sukien i sukienek. Spodziewajcie się nas najpóźniej jutro. W tempie, jakie narzucają szanowni państwo Berge zjawimy się szybciej, niż zdążysz odpisać na ten jakże w pośpiechu naskrobany list. Nie mogę się doczekać, kiedy Cię wreszcie zobaczę. Mam Ci tyle do opowiedzenia, tyle łez muszę jeszcze wylać w twoje ramię. Niech służba już szykuje dla nas pokoje. Moja garderoba musi być możliwie jak największa, bo rodzice nie szczędzą walizek i paczuszek. Chciałabym, żeby podczas naszego pobytu u was ani razu nie wspomnieli o małżeństwie, ale obie dobrze wiemy, że nie ma na to żadnych szans…
Oczekujcie nas jutro nad ranem, albo nawet jeszcze dziś wieczorem.
Uściskaj ode mnie ciocię Madelaine.

Twoja wierna i kochająca
Liselotte Berge

*


Księżyc wzeszedł już prawie na szczyt nieboskłonu, kiedy dyliżans rodziny Berge zawitał pod domem ich krewnych z Paryża. Zaprzężony w dwa kare konie, stanął na dziedzińcu gdy katedralne dzwony zaczęły dzwonić obwieszczając Paryżanom nadejście północy. W jednym z wysokich okien bocznego ryzalitu pojawiła się, a następnie zniknęła rozpromieniona twarz panny Le Boucher, by znowu zjawić się w drzwiach wejściowych. Z rozłożonymi ramionami zbiegła z marmurowych schodów gotowa powitać gości. Jej suknia balowa szeleściła niczym rozwiewane nagłymi podmuchami wiatru suche liście. Błyszczała brokatem w złotym świetle bijącym z okien sali balowej.
Drzwiczki powozu otwarły się. Wysiadł z niego wysoki, przystojny, nieco dotknięty przez czas mężczyzna w czarnym, kosztownym fraku, o wesołym wyrazie twarzy, z włosami przeplecionymi nielicznymi pasmami siwizny, elegancko zaczesanymi do tyłu. Za nim pojawiła się niska kobieta w prostej sukience z błękitnego muślinu, z włosami upiętymi z tyłu w duży, luźny, ozdobiony perłami kok, o twarzy ładnej, przyjemnej dla oczu. Miała miękkie rysy i pełne, rozciągnięte w szczerym uśmiechu usta. Gentleman z uśmiechem podał ramię swej towarzyszce. Za nimi z powozu wysiadła panna ubrana w połyskującą, purpurową suknię balową. Jej twarz, bardzo ładna, o delikatnych ale ostrych rysach, o długich, gęstych rzęsach i bursztynowo brązowych oczach, o pełnych ustach, wykrzywionych teraz na kształt uśmiechu była poróżowiała od płaczu. Ciemne loki spięte z tyłu rubinową spinką spływały jej z ramion na dekolt, okryty czarnym, sięgającym ziemi szalem. Jej strój wyraźnie był dużo kosztowniejszy, niż ubrania pary, która już zmierzała ku drzwiom.
- Ciocia, stryjek! – uradowana Sophie rzuciła się w ramiona wujostwa. Wyściskawszy ich, otrzymawszy od kobiety pocałunek w czoło, podbiegła do przyjaciółki. – Kochana Lottie! Nie dałaś mi na siebie długo czekać! Tak się cieszę, że cię widzę!
W delikatnej, srebrnej poświacie złote włosy panny Le Boucher, kręcone i rozpuszczone wesoło, z wplecionymi weń kwiatkami, wyglądały, jak siwe. Jej uśmiechnięta, okrągła buzia mrugała wesoło dużymi, błękitnymi oczami.
Liselotte dyskretnie otarła wilgotną od łez twarz końcem szala. Dała objąć się swojej ukochanej siostrze ciotecznej. Zaszlochała cichutko:
- Nie wytrzymałabym tego, gdybym stamtąd nie uciekła. Już w drodze starali się panować nad sobą, a co dopiero na miejscu…
- Nie widać po tobie, że panowali nad sobą… Już dobrze. Nie płacz – szepnęła. – Bal się jeszcze nie skończył. Może trochę wirowania w tańcu otrze ci łzy. Chodź, nie płacz. Już możesz odetchnąć. Wiesz, że nie pozwolę, abyś zmarnowała życie w okowach małżeństwa.
Dziewczyna ponownie otarła twarz. Uśmiechnęła się. Pierwszy raz od dłuższego czasu jej pociechą może być obecność najlepszej przyjaciółki, z którą dotąd mogła jedynie wymieniać listy.
Sophie przytuliła ją mocno. Poprowadziła ją i jej rodziców do wnętrza domu, minęli zatłoczoną salę balową i schodami udali się na piętro, gdzie przyszykowano już dla nich pokoje gościnne. Po drodze panna Le Boucher zleciła służce przyniesienie gościom herbaty.
- Radzę się przebrać, madame Berge – zagadnęła ciotkę, kiedy wprowadziła państwa Berge do ich pokoju. – Na dole trwa przyjęcie. Jeśli ma ciocia siłę, możecie do nas dołączyć. Mama na pewno ucieszy się na wasz widok!
Sypialnia państwa Berge była dość duża, spokojnie mieściło się w niej pięć szerokich szaf i komódek, a po środku, na dużym, wzorzystym dywanie stało duże łoże z baldachimem. Na ścianach pomalowanych na przyjemny, morelowy kolor wisiały obrazy i lampy naftowe z pozłacanymi uchwytami. Za wysokimi na całą ścianę oknami rozpościerał się widok na Paryż i znaczną część bogatego ogrodu Le Boucher’ów.
Anne Berge spojrzała wymownie na męża.
- Z chęcią przyjdziemy, prawda, mój drogi?
Jej mąż uśmiechnął się szeroko, tak, jak uśmiecha się osoba, która nie ma najmniejszej ochoty na coś, o co jest proszona. Jednak po chwili kiwnął głową i powiedział krótkie „Z chęcią”, na potwierdzenie pytania żony. Sophie odpowiedziała tym samym, szerokim uśmiechem. Zaklaskała w dłonie.
- Wasze rzeczy zaraz zostaną wniesione na górę. Nie ma pośpiechu. Jeśli nie dziś, to z pewnością jutro będziecie mieć okazję do zabawy. Rodzice co dzień znajdują pretekst do urządzania przyjęć. Wasz przyjazd to jeden z sensowniejszych w tym miesiącu. – uśmiechnęła się promiennie. Następnie zwróciła się do obejmowanej ramieniem kuzynki. - A teraz chodź, Lottie. Pokażę ci twój pokój.
Zostawiła państwa Berge, a sama razem z Liselotte udała się do sypialni w drugim końcu korytarza. Skierowały się w lewo, omijając marmurowe schody; na dole widać było gości w sukniach balowych i wytwornych frakach. Przeszły oklejoną ciemnozieloną tapetą galerię, mijając przy tym parę obrazów i zwierciadeł z pozłacanymi, metalowymi ramami, o pięknych motywach roślinnych. Przeszły obok paru dębowych drzwi i zatrzymały się na końcu korytarza, gdzie duże oszklone drzwi otwierały widok na nocny krajobraz Paryża. Sophie otworzyła ostatnie z dębowych drzwi znajdujące się po prawej stronie i wpuściła markotną kuzynkę.
Przez dziesięć lat nic się w tym pokoju nie zmieniło. Przez całą dekadę żadna rzecz w tym pomieszczeniu nie została przesunięta choćby o cal, wszystko pozostało tak, jak Liselotte to zostawiła. Regularnie sprzątany, jej stary pokój wyglądał tak, jakby spała w nim jeszcze zeszłej nocy. Pościel była świeżo wyprana, pachniała tak słodko, jak kwiaty przed laty stojące w wazonie przy oknie. Meble i ich zawartość pozostały nietknięte. W szufladach wciąż leżały jej listy, w szkatułach na toaletce błyszczało srebro. Pokój ten przywiódł na myśl dawne lata, kiedy jako dziewczynka spędzała w domu Le Boucher’ów całe miesiące, bawiąc się i ciesząc życiem razem z Sophie i Catherine.
Przekraczając próg tego pomieszczenia dziewczyna poczuła się, jakby ubyło jej lat. Wszystkie jej problemy uleciały niczym stado spłoszonych wróbli. Zapragnęła zapomnieć o troskach dnia obecnego. Przypomniała sobie wszystkie przyjemne chwile z okresu dzieciństwa. Obeszła pokój ze wzruszeniem. Przejechała dłonią po dębowej komodzie, uśmiechnęła się na widok starych, porcelanowych lalek. Wszystkie książki w bibliotece stały ułożone tak, jak je ustawiła. Tylko wazon, ozdobiony złotymi wzorami, stojący przy oknie był pusty…
Usiadła na łóżku. Zapragnęła ponownie utonąć w dużej pierzynie, którą kiedyś okrywała zmarznięte stopy.
- Pamiętasz? – zagadnęła Sophie.
Odsłoniła purpurową zasłonę. Zza okna zaglądał do środka posąg siedzącego anioła, przechylonego, opiekuńczo i z ciekawością wpatrującego się we wnętrze pokoju, kiedyś tak przerażający, teraz zachwycał pięknem swoich kształtów. Zamiast przywoływać senne koszmary, teraz, po latach, będzie je odpędzał.
Siedział przy drzwiach tarasu połączonego z tarasem wychodzącym z korytarza niczym niebiański stróż, strzegł swej Liselotte.
Z oczu panny Berge popłynęły łzy.
- Jak mogłam to wszystko zapomnieć? – zadała sobie pytanie. – Jak mogłam zapomnieć, że to tu jest mój prawdziwy dom? Kiedy wyjechałam, myślałam, że prędko tu wrócę, a tymczasem mogłyśmy tylko do siebie pisać i widywać się raz na jakiś czas…
Sophie usiadła przy niej i objęła ją ramieniem.
- Pamiętasz, jak uciekałyśmy przed pustymi spojrzeniami tych wszystkich marmurowych oczu? – Ujęła jej chłodne dłonie w swoje. – Chociaż na chwilę zapomnij o swoich problemach, Lottie. Powinnaś była zostawić je za sobą. Nie powinny były opuścić murów Le Diamant d’Argenteuil.
Sophie mocniej ścisnęła dłonie przyjaciółki.
- Jakże mam o nich zapomnieć, kiedy przyjechały tutaj razem ze mną? – zapłakała Liselotte. – Oni nie dadzą mi spokoju, Sophie. Niczym cienie podążają za mną; będą szeptać i przypominać mi o swojej obecności.
- Trochę dramatyzujesz, kochana Lottie.
- Dramatyzuję?
- Zapomniałaś, że przebywasz w domu Madelaine Le Boucher! Mama na pewno wymyśli coś, żeby dali ci spokój. Nie da cię zadręczać.
- I ty w to wierzysz? – Z bursztynowych oczu Liselotte popłynęły łzy. Wolałaby, żeby przyjaciółka płakała razem z nią, ale ona z uporem starała się poprawić jej samopoczucie.
- Mama połowę swojego życia spędziła z ciocią w jednym domu. Znają się od najmłodszych lat, podobnie jak my. Mama najlepiej wie, jak można ją do czegoś zniechęcić.
Na twarz Liselotte wpełzł na chwilę wesoły uśmiech.
- Widzisz? – uśmiechnęła się Sophie. - Nie przejmuj się.
Tak. Sophie ma rację. Ciocia kocha ją tak, jak swoje własne córki.
- A teraz umyj twarz i przypudruj policzki – wstała Sophie. – Przyjęcie nadal trwa, a ty nie możesz pójść na spoczynek, dopóki chociaż raz nie zatańczysz!
- Nie idę – jęknęła. – Marzę teraz o odrobinie odpoczynku. Myślę jedynie o mojej pierzynie.
- Jak to, nie idziesz? – żachnęła się Sophie. – Nie możesz nie pójść! Przywitaj się chociaż z mamą! I Catherine tak bardzo chciała cię zobaczyć!
- Przykro mi, moja najdroższa Sophie. Głowa mi pęka od tych wszystkich stresów!
- Taniec pomoże ci o nich zapomnieć! – Sophie podeszła do toaletki i wyjęła coś z jednej ze srebrnych szkatułek. – Nie możesz mi odmówić. Błagam cię, Lottie!
Panna Le Boucher podeszła do Liselotte i zapięła jej na szyi srebrną kolię z niedużym, połyskującym rubinem po środku. Od dotyku chłodnego metalu po jej ciele przebiegł dreszcz.
- Pamiętasz? Zawsze lubiłaś zakładać ją na przyjęcia…
Liselotte wstała z miękkiego łóżka i podeszła do wiszącego na przeciwległej ścianie lustra.
- Tak, pamiętam ją. Nic się nie zmieniła.
- Wciąż pięknie w niej wyglądasz…
- Dziękuję ci, Sophie – rzuciła się przyjaciółce na szyję. Uścisnęły się jak przed laty. Poczuła zapach perfum. – Wciąż te same pachnidła…
- Niewiele się zmieniło – uśmiechnęła się Sophie.
Obie panny drgnęły nagle, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Sophie powiedziała „Proszę”, drzwi otworzyły się i weszła jedna ze służących. Niosła w dłoniach srebrną tacę, na której błyszczał porcelanowy czajniczek z herbatą i parę filiżanek.
- Herbata dla pani, mademoiselle – powiedziała nieśmiało.
- Dziękuję, Mary. – Sophie potrzymała jej drzwi.
- Potrzebują mnie na dolę. Mam przynieść coś jeszcze?
- Nie, dziękujemy. Lottie zje na dole, razem z nami. Prawda?
Dziewczyna imieniem Mary skinęła głową i wyszła zamykając za sobą drzwi.
- Wszyscy cię tu kochamy, Lottie. – szepnęła Sophie. Ostrożnie nalała jej herbaty. – Proszę. Chcę cię zaraz widzieć na dole.
Liselotte z wzięła od niej filiżankę.
- Dobrze. Zaraz do was zejdę.
- Cudownie – Sophie zaklaskała w dłonie. – Catherine się ucieszy!
Zarzuciła blond lokami i wyszła.
Panna Berge została sama ze swymi myślami. Z dołu dobiegały ją taneczne takty muzyki; echo śmiechów rozbrzmiewało w pustych korytarzach i galeriach. W ogóle nie miała ochoty tam schodzić, do zatłoczonej i głośnej sali balowej, jednak pokusa zobaczenia się z Catherine i ciocią Madelaine była zbyt silna.
Naciągnęła szal na odsłonięte ramiona i popijając gorącą herbatę jeszcze raz okrążyła swój pokój sprzed lat. Ściany ciągle miały ten sam magiczny odcień purpury, który uspakajał ją i odprężał; przyciągał spokojny sen.
Zapaliła jedną z lamp naftowych. Chwiejny płomyk rozjaśnił nieco wnętrze pokoju. Przyjemna złota poświata oświetliła dębowe meble; szkatuły ze srebra zamigotały refleksami. Zaglądająca przez okno anielska twarz nabrała wyraźniejszych rysów.
Podobnym płomykiem była dla Liselotte obecność jedynych przyjaciół, jakich miała. Tęsknota za tym miejscem była niemal nieznośna, chociaż jej myśli rzadko krążyły wokół rezydencji. Zawsze, kiedy wizje przeszłości powracały we wspomnieniach, miały twarz któregoś z jej lokatorów; ciotki, wuja, kuzynek, czasem i służby, która krzątała się po domu. Ale oni nie mogli wiedzieć, co ona czuje, nie doświadczali tego. Panienki potrafiły jedynie pocieszać i uśmiechać się do niej poprzez naskrobane czarnym atramentem słowa.
- Ty zawsze byłeś mi wierny. Zawsze podzielałeś mój nastrój i pomagałeś mi doczekać dnia… - szepnęła do posągu ze łzami w oczach, które delikatnie otarła je szalem…
Usiadła na krzesełku przy toaletce, naprzeciwko swojego smutnego odbicia w lustrze. Pudernica została już wypełniona nowym pudrem…
„Spokojnie, powoli. Nie śpiesz się…”

*

Sala balowa, którą minęła po drodze na górę była przepełniona gośćmi. Bogate stroje i głośne śmiechy – coś, na co Liselotte nie miała ochoty – niemal wylewało się z domu Le Boucher’ów.
Lottie przecisnęła się przez tłum głośnych balowiczów tarasujących drogę do Sali. Nieznane jej twarze migały w oczach. Wszystkie głosy jakie słyszała zlewały się w jeden okropny szum. Minęła ostatnie roześmiane postacie i zeszła po schodach na marmurową posadzkę. Na szczęście przy środku Sali, gdzie tańczył korowód par tłum nieco się przerzedził. Dziewczyna mogła swobodnie się rozejrzeć.
Sophie miała rację. Niewiele się tutaj zmieniło.
Ściany i sufit pokryte były licznymi malowidłami, cudownymi wizerunkami aniołów. Hermy i kariatydy przy schodach pysznie zwracały twarze ku wirującym w tańcu parom. W przerwach pomiędzy wysokimi na całą ścianę oknami wisiały portrety krewnych rodziny Le Boucher. Sklepienie, z którego zwisały przepiękne szklane żyrandole było około dziesięć metrów nad gośćmi.
Akustyka w tym pomieszczeniu była wprost niesamowita. Kiedyś, jako mała dziewczynka przybiegała tu i w obecności herm śpiewała na całe gardło, a jej dziecięcy głosik niósł się echem po całym domu. Teraz, kiedy muzyka rozbrzmiewała w rezydencji Le Boucher’ów Lottie poczuła się jak za dawnych lat.
Orkiestra skończyła grać kolejny utwór. Rozbrzmiały oklaski.
- Lottie! – Sophie biegła ku niej ze środka sali z szerokim uśmiechem na ustach. – Nie śpieszyłaś się zbytnio.
- Mylisz się, kochana. Gdybym się nie spieszyła to zobaczyłabyś mnie dopiero jutro.
Za plecami Sophie pojawił się Romain Vigneron.
- Liselotte Berge – uśmiechnął się. – Jak miło znów panienkę widzieć po tak długiej rozłące.
- Pana również, monsieur.
- Sophie, dziwiłem się czemu uciekłaś, ale teraz widzę, że twoje zachowanie było słuszne i zostało całkowicie usprawiedliwione. Cieszmy się, że panna Berge zaszczyciła nas dzisiaj swą obecnością.
Sophie uśmiechnęła się.
- Miło mi to słyszeć. – powiedziała Liselotte. – Smuci mnie jednak fakt, że zwraca się pan do mnie tak oficjalnie. – Uśmiechnął się do niej wesoło i przytulił ją do siebie. - Gratuluję zaręczyn, Romain. Czy twoja wybranka jest dzisiaj z nami? Chętnie bym ją poznała.
- Oczywiście. Nie mógłbym zostawić jej samej. Jestem tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Z przyjemnością ci ją przedstawię.
- A skoro o tym mowa – zagadnęła Sophie. – Może widziałeś gdzieś Catherine, Romain?
- Catherine? Rozmawiałem z nią zanim zaprosiłem cię do tańca, pamiętasz? Poszła chyba się czegoś napić.
- No tak! – podskoczyła Sophie. – Wybacz nam teraz, Romain. Chodź, Lottie, poszukamy jej – złapała kuzynkę za rękę i pociągnęła w tłum.
- Cieszę się, że przyjechałaś, Lottie – zawołał za nimi Romain. Liselotte pomachała mu przez ramię.
Sophie entuzjastycznie rozglądała się na boki w poszukiwaniu swojej siostry. Błądziły w tłumie szeleszczących sukien i uśmiechniętych twarzy, nie mając zielonego pojęcia, w którą stronę się skierować. Biegały na ślepo; slalomem, pomiędzy nieznajomymi a obcymi postaciami. Lottie była ciągana za ramię po prawie całej sali; od bufetu po orkiestrę, od schodów po stoły, przy których można było usiąść i spokojnie zjeść.
Następny utwór dobieg końca. Rozległa się fala oklasków, które dodatkowo potęgowała akustyka wielkiej sali balowej.
- Czy twoi rodzice znają tych wszystkich ludzi? – zapytała Liselotte, kiedy przystanęły przy hermach by nieco odsapnąć.
- Nie mam pojęcia. – Wzruszyła ramionami. - Sama może znam zalewie ćwierć z nich.
- Aż tylu? – zaśmiała się Liselotte. Otaczało ją bowiem tylu mężczyzn i kobiet, że trudno byłoby policzyć ich wszystkich, a co dopiero poznać. – Szkoda, że ja nie mogę się poszczycić znajomością tak wielu ludzi.
- Chodź – uśmiechnęła się Sophie. – Pokażę ci, jakimi znajomościami mogę się pochwalić. Przy okazji zobaczymy, czy Catherine nie wiruje na parkiecie. – Wzięła kuzynkę pod ramię i powoli, lawirując wśród balowiczów, przeszły się wzdłuż sali. – Ta dama – szepnęła pokazując dyskretnie palcem kobietę po lewej – to hrabina De Masculie. Straszna kobieta; ostatnio zgubiła swój szmaragdowy pierścień. Od tego czasu na wszystkich patrzy jak na złodziei… Nie zdziw się, jeśli będzie torturować cię spojrzeniem. A ta – wskazała kobietę przed nimi – to madame de la Fermin. W życiu nie spotkałam nikogo, kto wywyższałby się choć w połowie tak jak ona. Z kolei ten szlachcic zdradza swoją żonę z dwiema innymi kobietami, które o swoim istnieniu nie mają pojęcia.
- Który to?
- Nie widzisz? Ten przed nami!
Lottie dostrzegła wysokiego mężczyznę, o wyglądzie prawdziwego arystokraty. Miał szczupłą, pociągłą i niezwykle przystojną twarz.
- Rzeczywiście, wygląda na takiego.
- Bo to szlachcic – zaśmiała się Sophie.
Przechadzały się jeszcze przez parę chwil, w ciągu których panna Le Boucher zaznajomiła Liselotte z masą ludzi, którzy pod maskami szlachectwa ukrywali najgorsze charaktery, jakie kiedykolwiek miała okazję spotkać. Piękne stroje, uśmiechnięte twarze – to wszystko jest tylko grą pozorów. Każdy skrywa w sobie jakiś hańbiący sekret, każdy ukrywa się pod maską konwenansów i nieszczerych uśmiechów. Przynajmniej każdy, kogo Sophie wskazała.
- Jak to możliwe, że od pół godziny włóczymy się tu i szukamy Catherine bez żadnego rezultatu? – jęknęła Lottie.
- Już się zmęczyłaś?
- Byłam zmęczona zanim tu przyszłam…
- Zaraz ją znajdziemy. – Sophie jeszcze raz obejrzała się dookoła.
- Sophie?! – Przyjemny kobiecy głos odezwał się za ich plecami. – Tu jesteście!
- Ciocia Madelaine! – ucieszyła się Liselotte. Rzuciła się w objęcia madame le Boucher, kobiety niewysokiej, o pięknych błękitnych oczach, które Sophie po niej odziedziczyła, i czarującym uśmiechu. Jej rysy ani trochę nie przypominały delikatnych rysów Anny Berge; miała regularne rysy, nieco ostrzejsze niż siostra, za to milsze i – wydawało się - bardziej matczyne. Odziana w cudowną, granatową suknię wyglądała jak jakaś księżna, a nie zwykła pani domu.
- Sophie, jak mogłaś tak długo ukrywać przede mną moją kochaną Lottie? Spójrzcie tylko! Aleś wyrosła przez te parę lat!
- A ciocia dalej wygląda tak, jak ją zapamiętałam – uśmiechnęła się Liselotte.
- Nie przesadzaj. – Ucałowała ją w czoło. Jej dotyk był ciepły i przyjemny, jak dotyk jej własnej matki. – Ty ciągle kwitniesz, ja już przekwitam. Sophie, gdzie zniknęłyście?
- Szukałyśmy Catherine. Rozpłynęła się w powietrzu.
- Z tego co wiem, to powinna być na parkiecie. Na pewno ucieszy się na twój widok, kochane dziecko. Powinnaś była już dawno nas odwiedzić. Ten dom wydaje się pusty bez twojego dziewczęcego głosiku. Wszyscy umieraliśmy z tęsknoty.
- Nie masz pojęcia, ciociu, jak i ja za wami tęskniłam. Le Diamant d’Argenteuil to nie to co tu. Tu czuję się swobodnie, jak u siebie. W domu rodzice przymuszają mnie do sztucznych uśmiechów. Szczerzę się do każdego, kogo zaproszą udając zaabsorbowaną ich afektami. Nie mogę nawet okazać obojętności, gdyż potem mama rozpoczyna monolog na temat życia starej panny…
- Tutaj nie musisz. W rezydencji Le Boucher’ów bądź sobą. Kochamy cię taką jaka jesteś. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że u siebie w domu nie jesteś kochana. Anna pragnie tylko, byś była szczęśliwa. My się starzejemy, drogie dziecko. Twoja matka z pewnością chce zapewnić ci dostatnie życie, tak, aby niczego ci po jej odejściu nie brakowało.
- Lottie jest zmuszana do małżeństwa – mruknęła smutno Sophie.
- Małżeństwo? Głupota! Jesteś młoda – wykorzystaj to! Na poświęcenie życia dla mężczyzny masz jeszcze czas. Nie rób nic na siłę.
- Zaprzeczasz sobie, cioteczko.
- Skądże znowu – ciotka Madelaine zmarszczyła brwi. – To, że staram się usprawiedliwić zachowanie twej matki nie znaczy, że w pełni się z nią zgadzam! O nie! Jestem całkowicie przeciwna tak wczesnemu wydawaniu cię za kogoś, do kogo nie czujesz nic prócz niechęci.
Madelaine Le Boucher to kobieta niezwykle inteligentna. Liselotte zawsze podziwiała ją za jej charakter. Była śmiała, zdecydowana i pewna siebie, ale nie mówiła wszystkiego, co ślina jej na język przyniesie. Powściągliwość to cnota bardzo przez nią ceniona. Optymistycznie podchodzi do życia, ale wszystko musi być robione z umiarkowaniem, toteż Lottie nie dziwi się, że popiera ją w jej postanowieniach. Chciałaby mieć w matce oparcie równie wielkie, jak w ciotce.
Pomimo ogólnego szumu w gronie naszych kobiet zapanowała dziwna cisza, którą przerwał po chwili radosny głos Cathetrine. Starsza panna Le Boucher przybiegła do nich ze środka sali. Za nią podążał jakiś mężczyzna – chwilowy partner do tańca, choć Liselotte przyznała przed samą sobą, że nawet jak na takiego jest niezwykle przystojny. Rozpromieniona panna Le Boucher rzuciła się na szyję Liselotte. Ledwo zdołała ją objąć przez niezliczone liczby halek, które obie miały na sobie.
- Tak się cieszę, że cię widzę! – Wciąż dyszała. Musiała tańczyć już przez długi czas. Czemu nie wpadły z Sophie na to, żeby poszukać jej właśnie tam, gdzie na jeden metr kwadratowy przypada mniej, niż jedna osoba?
- Ja również się cieszę, kochana Cathie. Czas dłużył mi się niemiłosiernie w oczekiwaniu na to spotkanie. Tęskniłam za wami wszystkimi.
- Mam nadzieję, że nie jesteś zmęczona, bo mamy całą noc na pogaduchy! Pamiętasz nasze nocne harce?
- Pamiętam wszystko, Cathie. Sophie nieco przywróciła mi pamięć.
- Och, Lottie! – przytuliła ją do siebie.
Panna Catherine Le Boucher to młoda dziewczyna, starsza od Liselotte może dwa lata, jednak różnica ta jest prawie niezauważalna. Dziewczyna ta była ładna, o jasnozielonych oczach i ostrym wyrazie twarzy. Jej głos był miękki i jedwabisty, przywodził na myśl śpiewające na łące słowiki. Jedyna w rodzinie miała włosy kolorem zbliżone do włosów Liselotte. Na tę okazję, jaką było trzecie w tym miesiącu przyjęcie, spięła proste włosy z tyłu, tworząc z nich coś na kształt kwiatu, przynajmniej chciała, by tak to wyglądało. W efekcie, pod wpływem pląsów na parkiecie jej fryzura wyglądała, jakby uwiło ją stado wróbli. Mimo to panna Le Boucher nie wyglądała na rozczochraną, taka fryzura nadawała jej włosom objętości i blasku, który z kolei pasował do kształtu jej buzi.
Jej partner, który dotąd stał przypatrując się siostrzanym uściskom, teraz podszedł do ściskających się kobiet.
- Będę pani zobowiązany, madame Le Boucher, jeśli zechce mnie pani przedstawić tej uroczej damie.
Catherine spłonęła rumieńcem. Kompletnie zapomniała o jego obecności i teraz stała spokojnie przepraszając w duchu za swoje zachowanie.
- Monsieur – Na twarzy ciotki Madelaine pojawił się szeroki uśmiech. Rzuciła Liselotte znaczące spojrzenie. – Przedstawiam panu Liselotte Berge, córkę mojej najdroższej siostry. A oto hrabia Gerard Chervot.
Mężczyzna, o którym Sophie wspomniała jej w ostatnim liście. Że też jej kuzynki znają ją tak dobrze. Skąd wiedziały, że Lottie uzna go za przystojnego? Był wyższy od niej niemal o głowę. Jego twarz wydała się Liselotte taka zimna i piękna zarazem. W jego oczach połyskiwał najczystszy szmaragd, a uśmiechem sprawił, że Liselotte poczuła nagły przypływ ciepła. Czarne, zaczesane do tyłu włosy błyszczały żelem w świetle żyrandoli. Miał na sobie czarny aksamit, który pięknie połyskiwał w tle ze złotych, wirujących w tańcu sukni; spod niego wystawała ciemnozielona kamizelka i elegancki, stojący kołnierz od białej koszuli. Jego uśmiech był tak czarujący, a spojrzenie tak obezwładniające, że Sophie niemal rozpłynęła się na jego widok.
- Jestem oczarowany – Ukłonił się nisko i ustami musnął chłodną dłoń Liselotte.
- Mnie również miło pana poznać, monsieur. – Ukradkowym spojrzeniem dała znać kuzynkom, że kiedy tylko znajdą się na osobności, mogą spodziewać się najgorszego. Zachichotały cichutko wiedząc, że hrabia przypadł jej do gustu.
- Dużo o panience słyszałem. Zaszczytem jest dla mnie wreszcie panienkę poznać.
- Cóż, mam nadzieję, że nie wyrobił pan sobie jeszcze opinii o mnie hrabio. Nie chciałabym pana rozczarować, monsieur. – Uśmiechnęła się złośliwie. Hrabia świdrował ją spojrzeniem swych pięknych, zielonych oczu.
- To niemożliwe, mademoiselle.
Stali chwilę w milczeniu. Liselotte odwróciła od niego wzrok, udając zafascynowaną suknią pewnej młodej kobiety, stojącej za Catherine. Jego spojrzenie sprawiło, że pierś zaczęła jej szybciej falować. Poczuła do niego jakąś dziwną niechęć; podświadomie jednak chciała przykuć do siebie jego uwagę. Jej brwi zbiegły się groźnie nad nasadą nosa.
- Podoba się panu przyjęcie, monsieur?
- Jak najbardziej, madame Le Boucher. Ostatnio nigdzie nie bawię się tak dobrze, jak na pani przyjęciach. Choć biorąc pod uwagę liczbę gości śmiało można mówić o balu.
- Na pewno nie jest to dla pana nowość. – odezwała się Sophie. – Biorąc pod uwagę pana tytuł sądzę, że bywał pan na przyjęciach bardziej wykwintnych, niż to.
- Hrabia to tytuł po ojcu, mademoiselle. Ja nie zasłużyłem na niego bardziej, niż panienka na tytuł hrabiny.
- Skoro tak pan twierdzi – mruknęła.
- Madelaine? Tutaj jesteś! – Z tłumu wyłoniła się postać madame Berge. Na jej twarzy malował się szeroki uśmiech, trudno powiedzieć, czy to z powodu udanego wieczoru i wypicia paru kieliszków białego wina, czy dlatego, że sobaczyła swoją córkę w obecności przystojnego, młodego mężczyzny, który jeszcze nie wyglądał na urażonego. – Lottie! Poznałaś już hrabiego?
- Naturalnie, mamo.
- Gdzie zgubiłaś Thomasa? – zagadnęła siostrę ciotka Madelaine. Widocznie już wiedziała, co się szykuje. Próbowała odwieść Annę od pomysłu rozmowy na temat Liselotte. Tylko ona naprawdę rozumiała, co dziewczyna w tej chwili czuje.
- Ach, poszedł zagrać w karty. – Machnęła ręką. - Kiedyś przepuści cały nasz majątek – zaśmiała się do siebie. – Podoba się panu nasza Lottie, hrabio?
Tym jednym pytaniem madame Berge sprawiła, że cała czwórka zamilkła w osłupieniu. Jedynie hrabia zdawał się nieporuszony jej bezpośredniością.
- Mamo… - mruknęła Liselotte, tak cicho, żeby tylko ona to usłyszała. Na jej policzkach pojawiły się rumieńce, i nie dlatego, że się zawstydziła. Jak ona może tak bezwstydnie pytać o coś takiego?! W jej oczach zapłonął ogień. Momentalnie znienawidziła siebie, za przyjazd do Le Boucher’ów. Nawet tutaj matka musi narobić jej wstydu?
- Czarna perła – Uśmiechnął się hrabia. Pytanie madame Berge nie zrobiło na nim wrażenia, a wręcz przeciwnie – pannom Le Boucher wydało się, że z chęcią wyraził swoją opinię na jej temat.
- Anno, może pójdziemy się przewietrzyć? Tu jest tak duszno. – Ciotka Le Boucher jako jedyna w tym gronie dobrze odebrała znaczenie rumieńców Lottie i uznała to pytanie za uwłaczające jej godności. – Chodź, niech dzieci porozmawiają sobie w spokoju. – Pociągnęła siostrę za ramię. – Zechce nam pan wybaczyć, monsieur?
Hraba Chervot skinął głową.
- Tak, my też chyba pójdziemy się odświeżyć. – powiedziała Catherine. Liselotte spojrzała z oburzeniem na kuzynkę, która już złapała swoją siostrę pod ramię. Błagała je po cichu, żeby nie zostawiały jej samej.
- Jeśli panie tego potrzebują, mademoiselle – ukłonił się nisko.
- Tak – uśmiechnęła się Cathie. – Idziesz, Lottie?
Kamień spadł z serca Liselotte. Szybko chwyciła Sophie pod ramię, jakby bojąc się, że Catherine zmieni zdanie, i pośpiesznie oddaliły się w kierunku zastawionego przysmakami bufetu.
- Jak ona mogła?! – syknęła Liselotte, kiedy była pewna, że hrabia tego nie usłyszy. – Czemu zawsze muszę się przy niej wstydzić? Nawet tutaj?
- Nie bardzo cię rozumiem, Lottie. – mruknęła Sophie. – Spytała tylko, czy mu się podobasz…
- Tylko? Postaw się w mojej sytuacji! Poczułam się jak klacz na targu, którą trzeba dobrze sprzedać! – załkała Liselotte. – Tak jest za każdym razem…
- Ciiii – Catherine przytknęła palec do ust. – Nie wszyscy muszą tego słuchać. – Objęła pannę Berge i przytuliła do siebie.
- Może napijesz się ponczu? Chodź, dziś jest wyjątkowo dobry.
- Nie, dziękuję Sophie.
Zatrzymały się przy jednym ze stołów. Dookoła szumiały rozmowy zajętych sobą gości. Nikt oprócz panien Le Boucher nie zauważył, że z brązowych oczu Liselotte pociekły łzy…
- No… Czemu płaczesz? Nie przejmuj się – koiła ją Sophie. Wzięła jeden z kieliszków i powoli wypełniła go pomarańczowym pączem.
- I ty mnie jeszcze pocieszasz? Wy też bierzecie udział w tej intrydze!
- O czym ty mówisz, Lottie?
- Nie wiesz, Cathie? – Liselotte uniosła brwi. – „Dużo o panience słyszałem” – wykrzywiła usta naśladując wyniosły ton hrabiego. – Jak mogłyście?! Myślałam, że chcecie mi pomóc, ale dzięki wam powoli mija mi ochota na dłuższy pobyt w Paryżu!
- Kochana Lottie – uśmiechnęła się Caterine. – Myślałam, że się ucieszysz.
Sophie wręczyła kuzynce kieliszek.
- Przyjechałam do was, żeby choć przez chwilę nie myśleć o tym co dzieje się za murami Le Diamant d’Argenteuil, aby odpocząć od moich codziennych utrapień, a takowymi są na przykład mężczyźni! A wy przystawiacie do mnie jakiegoś zmanierowanego hrabiego! I to w obecności matki! – Duszkiem wypiła zawartość szklanego kieliszka. – Możesz mi dolać, Sophie?
- Uważam, że nie masz powodu, żeby się na nas złościć. – powiedziała spokojnie starsza panna Le Boucher. – Hrabia to niezwykle przystojny mężczyzna.
- Tak… Kolejna maska w tym zacnym towarzystwie – mruknęła do siebie Liselotte. – Jeśli mężczyźnie podoba się kobieta, jeśli przedstawia jakąś wartość, to nawet, gdyby był szpetny, uda mu się oczarować kobietę. Wygląd to cenna rzecz, ale do szczęścia nie zawsze jest potrzebny. O niczym nie świadczy…
- Liselotte – Catherine objęła ją ramieniem. – Posłuchaj mnie. Ta rozmowa schodzi na niewłaściwe tory. Nie masz w nas wrogów. – Lottie już chciała jej coś odpowiedzieć, ale kuzynka uciszyła ją ruchem dłoni. – My cię doskonale rozumiemy, i ty też nas zrozum. – Liselotte spuściła wzrok. Dyskretnie otarła łzę wzbierającą pod upudrowaną powieką. – Sophie rozmawiała z mamą. Obiecała, że zrobi wszystko co w jej mocy, żeby tylko zniechęcić Annę do nękania cię, albo, jeśli to okaże się skuteczne, żeby wróciła do Le Diamont d’Argenteuil. Mamy jej w tym pomóc. Wszystkie trzy.
- Jaką rolę odgrywam w tej intrydze ja?
- Ha! Wiedziałam, że się zainteresujesz! – podskoczyła Sophie. – Twoja mama musi uwierzyć, że zmieniłaś swoje podejście do małżeństwa.
- My spróbujemy przykuć do ciebie uwagę paru majętnych panów, a ty postaraj się, żeby twoja mama zobaczyła jak się do nich uśmiechasz.
- To wszystko?
- Na razie o nic więcej cię nie prosimy. – Catherine uśmiechnęła się do niej. – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to mama przekona Annę, że jej obecność płoszy narastające w was uczucie. Wczuj się w swoją rolę! Nie musisz cały czas. Wystarczy, że od czasu do czasu zobaczy, jak uśmiechasz się zalotnie do jednego czy dwóch mężczyzn. To powinno ją zdezorientować. Szczególnie, że w Argenteuil tak sprzeciwiałaś się jej namowom. – zaśmiała się.
- Hrabia Gerard Chervot? – Liselotte uniosła brwi. Przestała płakać, ale jej mina wciąż była niewyraźna.
- Na przykład. To pierwszy mężczyzna, jakiemu o tobie opowiedziałyśmy. Tylko postaraj się go do siebie nie zniechęcić. Wyraźnie jest tobą zainteresowany.
- Mam grać w tę grę, dopóki mama nie wyjedzie?
- Postaraj się. Proszę – Sophie ujęła jej dłonie. – Dopiero przyjechałaś. Przykre było by, gdybyś przez matkę musiała wyjechać. Nie wypuścimy cię z Paryża tak łatwo.
- Czy hrabia jest w to wtajemniczony?
- Naturalnie, że nie! – uśmiechnęła się Sophie. – Szybko straciłby zainteresowanie tobą. – Widząc, że kuzynka nie zaśmiała się z dowcipu, kontynuowała. – Chciałyśmy wtajemniczyć Romaina, ale zaręczył się. Wie o wszystkim, ale nie jest w stanie pomóc ci bardziej, niż my. Opowiada przyjaciołom o uroczej pannie Berge…
- Ale musisz przyznać – wtrąciła Cathie – Hrabia bardzo dobrze sobie radzi. Wątpię, żeby szybko znudził się zdobywaniem ciebie. Z tego co mówił Romain, hrabia to wytrwały mężczyzna.
- Do tego jest przystojny! Nie możesz zaprzeczyć!
Liselotte westchnęła ciężko. Gdyby monsieur Chevrot nie był piękny i młody, trudno byłoby grać w grę panien Le Boucher.
- A więc – powiedziała w końcu Liselotte. Jej twarz nabrała z powrotem swojego naturalnego koloru. Tylko rzęsy wciąż były posklejane. – Co takiego mu o mnie opowiedziałyście? Muszę wiedzieć, czego się spodziewa.
- Lepiej nie. Otoczona aurą tajemniczości jesteś jeszcze bardziej pociągająca.
- Pociągająca?!
Kuzynki spojrzały po sobie z dziwnymi uśmiechami. To nie mogło znaczyć nic dobrego.
- Romain powiedział mu, że masz kryształowy charakter. – powiedziała Catherine.
- Kryształowy?!
- I że jesteś nieśmiała – dorzuciła Sophie.
- Ja?! To żart!
- Co jeszcze, – kontynuowała Catherine. Liselotte słuchała z otwartą buzią. – Hrabia wierzy, że przepadasz za balami. - Kuzynki zachichotały. Catherine mówiła teraz nieco głośniej, tak, żeby Liselotte usłyszała ją przez usilnie tłumiony śmiech Sophie. - Powiedziałam mu, że uwielbiasz tańczyć. Jeśli choć raz nie zatańczysz, to przyjęcie uważasz za zmarnowane.
Catherine próbowała powstrzymać siostrę, ale jej starania były marne w skutkach. Syczała na nią srogo, niestety napad cichego chichotu był zbyt duży, aby mogła się powstrzymać. Odwróciła się na pięcie i odeszła z poczerwieniałą buzią. Catherine wytrwale trwała przy Liselotte.
- W życiu nie słyszałam większych bzdur na swój temat! – pisnęła Lottie. Kątem oka widziała, jak Sophie staje przy oknie i próbuje złapać oddech.
- Przecież lubisz tańczyć – zaperzyła się Cathie.
- Lubię, ale bez przesady. Nie tańczę zbyt dobrze. – mruknęła cichutko. Ta rozmowa coraz mniej ją bawiła. Kuzynki ośmieszały ją za jej plecami!
- Nie raz widziałam cię w tańcu – uśmiechnęła się Catherine. – Śmiało mogę powiedzieć, że tańczysz lepiej ode mnie.
- Och, Cathie… Nawet jeśli, to i tak trudno znaleźć dobrego partnera. Większość mężczyzn stroni od tańca.
- Hrabia umie tańczyć – mrugnęła kuzynka. – I z tego co wiem, to bardzo chętnie idzie na parkiet.
- I czym tu się chwalić? Powinien się wstydzić, gdyby nie potrafił tańczyć. A porywanie kobiet do tańca to jedyne, co mężczyźni powinni robić na przyjęciach. Naprawdę, hrabia nie ma czym się szczycić.
- W pełni się z panią zgadzam, mademoiselle. To nic, czym można by się poszczycić. – dźwięczny, głęboki głos hrabiego zadźwięczał jej w uszach.
Oczy Catherine zabłyszczały, kiedy zaskoczona kuzynka ze złością w nie spojrzała. Z chichoczącej przy oknie twarzy Sophie mogła wyczytać, że hrabia stoi za nią już dość długo.
Z rumieńcami na policzkach spojrzała za siebie.
- Zastanawiam się – powiedziała z opanowaniem. – Jak dużo pan podsłuchał, monsieur.
- Och, wcale nie musiałem podsłuchiwać. Mówiłyście panie wystarczająco głośno. Nie ukrywam jednak, że wasza rozmowa mnie zainteresowała. Proszę się nie bać. Pani kryształowy charakter wcale nie utracił na wartości w moich oczach.
Liselotte zapłonęła złością.
Zrobiły to specjalnie. Catherine celowo skierowała rozmowę na temat hrabiego. Zgodziła się wziąć udział w tej głupiej grze, ale to przekroczyło granicę przyzwoitości.
Zmrużyła groźnie swoje brązowe oczy.
- Czułbym się zaszczycony, gdyby zechciała pani ze mną teraz zatańczyć.
Twarz Liselotte wykrzywił ironiczny uśmiech.
- Zapewne słyszał pan, jak mówiłam, że nie tańczę dobrze.
- Owszem. Słyszałem także, że panna Le Boucher uważa panią za tancerkę lepszą od siebie, a miałem ten zaszczyt z nią tańczyć i uważam, że jest doskonałą partnerką do tańca.
- Zapewne powiedziała to, bo chciała, żeby pan to usłyszał, monsieur. Proszę wziąć pod uwagę to, że w przeciwieństwie do mnie wiedziała o pańskiej obecności.
- Jestem przekonany, że nie mówiła tego tylko dlatego.
Tak. Mówiła to z paru innych powodów, ale tych hrabia już nie zna. I nigdy nie powinien poznać.
Liselotte spojrzała na kuzynkę z mieszanymi uczuciami.
Przecież taki miały plan. A ona, Liselotte Berge zgodziła się wziąć w nim udział.
- Mademoiselle – Hrabia podał jej ramię, okryte błyszczącym, czarnym aksamitem.
- Widzę, że nie przyjmie pan odmowy, monsieur Chevrot.
- Nie jest pani skora odmawiać. – Uśmiechnął się czarująco. – Bardzo proszę, mademoiselle.
Chwyciła go pod rękę.
Poprowadził ją na środek sali, gdzie kolejny taniec dobiegał końca. Po fali gromkich braw nastała cisza. Pierwsze tony zagrały skrzypce. Szybko dołączyły do nich trąbki, flety i wiolonczele. Ustawieni na parkiecie tancerze ruszyli do tańca. Hrabia pociągnął Liselotte na parkiet. Wirowali w rytm muzyki wmieszani w kolorowe stroje innych par. Ze wstydem Liselotte przyznała sama przed sobą, że hrabia to wspaniały tancerz, choć nie dorównuje talentem Romainowi Vigneron. Nie brakowało mu wdzięku. Poruszał się miękko i płynnie, umiejętnie prowadził Liselotte w tańcu.
A jednak w jego towarzystwie czuła się zawstydzona i onieśmielona. Dużą zasługę miała w tym jej matka…
- Przepraszam za mamę – powiedziała mijając hrabiego w piruecie.
- Dlaczego? – Ręka hrabiego znalazła się na oplecionej gorsetem talii Liselotte, by za chwilę wprawić ją w kolejny miękki piruet.
- Wstyd mi, że była tak bezpośrednia. Wręcz bezwstydna – dodała po chwili. Czuła na sobie palące spojrzenie jego zielonych oczu.
- Niepotrzebnie. Proszę za nią nie przepraszać. Uważam madame Berge za cudowną kobietę, a jako matka słusznie przejmuje się czyjąś opinią na pani temat.
- Tak pan sądzi? Że powinna przejmować się każdą opinią?
- Nie, nie każdą… Mimo wszystko jestem jej wdzięczny.
- Za co, jeśli wolno mi zapytać?
Ciepłe dłonie hrabiego zetknęły się z jej własnymi.
- Dała mi powód do wypowiedzenia swojej opinii o pani urodzie, mademoiselle.
Liselotte poczuła, jak oblewa ją delikatny rumieniec.
Po co się odzywała? Nie mogła trzymać buzi na kłódkę?
Momentalnie wezbrała w niej złość. Spuściła wzrok z oczu partnera i czekała, aż melodia ucichnie. Wściekła na kuzynki i matkę zapragnęła zamknąć się w pokoju i płakać. Płakać w obecności marmurowego anioła i nie pokazywać się nikomu do rana.
- Coś się stało? – Hrabia odprowadził ją do bufetu, ale kuzynek już tam nie było. Dookoła była za to masa ludzi, których Liselotte nie znała. Widocznie jej uczucia uzewnętrzniły się, bo hrabia spojrzał na nią niepewnie. – Źle się panienka czuje, mademoiselle?
- Nie – powiedziała spokojnie. Poprawiła purpurowe fałdki sukni. – Zmęczyłam się tylko. Jeden taniec z panem, hrabio, i bal można uznać za udany. Mogę się więc udać na spoczynek.
- Pobladła pani. Może odprowadzić panienkę na górę?
- Nie, dziękuję monsieur. Sama trafię.
Odwróciła się i szybkim krokiem udała się w kierunku schodów, na górę, do swojego purpurowego pokoiku, gdzie zamknęła się by zaraz rzucić się w miękką pierzynę i płakać.
Zadawała sobie pytanie, czemu zgodziła się wziąć udział w tej grze. Kiedy tańczyła, w tłumie balowiczów mignęła jej uśmiechnięta twarz matki. Chciała wierzyć, że wyjedzie, że plan ciotki się powiedzie. W głębi serca jednak wiedziała, że matka nie da jej spokoju. Teraz, kiedy widziała ich w tańcu będzie zatruwać jej życie bezsensownym gadaniem o ewentualnych korzyściach, płynących z takiego małżeństwa.
A ona? Wygłupiła się!
Matka bez grama wstydu, kuzynki, które bawią się jej uczuciami, jakiś hrabia, który jest tylko pionkiem w grze sióstr ciotecznych. A ona pośrodku tego wszystkiego. Bez jakiegokolwiek zrozumienia.
Tylko ciotka ją rozumie. Tylko ciotka…

- Lottie? Lottie?! Jesteś tam? – Stłumiony głos Catherine dobiegł ją zza zamkniętych na klucz drzwi. – Lottie, otwórz proszę…
Nie, nie ma ochoty widzieć teraz nikogo, szczególnie kuzynek.
Siedziała w swoim pokoju już parę, długich godzin. Pogasiła wszystkie lampy i słuchała cichnących odgłosów z dołu, rozmyślając o wydarzeniach sprzed paru godzin.
Leżała na swoim łóżku z kolumienkami. Zaschnięte na policzkach smugi znaczyły drogę, którą spływały łzy, zmywając po drodze świeży puder. Ściągnięte z włosów i szyi rubinowe ozdoby, leżące na dębowej komodzie, lśniły w bladej, księżycowej poświacie. Jej suknia balowa leżała teraz na łóżku obok niej, przypominając o upokorzeniu, jakiego doświadczyła. Chociaż już nie płakała, to nie miała ochoty pokazywać się Catherine na oczy.
- Lottie, proszę. Chcę z tobą porozmawiać…
- Idź sobie – jęknęła Liselotte.
- Otwórz…
- Nie mam ochoty rozmawiać…
Słyszała, jak Catherine westchnęła. Stukając obcasami oddaliła się aby za chwilę wrócić.
- Proszę ostatni raz. Otwórz.
Kiedy panna Le Boucher nie usłyszała odpowiedzi, wiedziała, że Lottie jej nie otworzy.
Panna Berge usłyszała, jak kuzynka majstruje chwilę przy zamku. Klucz, którym zamknęła drzwi od wewnątrz wypadł z brzękiem na podłogę. Catherine otworzyła drzwi od zewnątrz.
- To była nasza stara sztuczka. – Uśmiechnęła się, uchyliwszy rzeźbione w drewnie drzwi. Nieśmiało zaglądała do środka, nie widząc kompletnie nic w panujących wewnątrz ciemnościach. Weszła trzymając świecznik w dłoni. Zamknęła drzwi i zapaliła najbliższą z lamp naftowych. – Bal skończył się półtorej godziny temu. Miałam nadzieję, że tu jesteś. Nigdzie nie mogłam cię znaleźć. – zagadnęła nieśmiało.
- Nie ma mnie tu – mruknęła Liselotte, wpatrując się tępo w baldachim nad sobą.
- Posłuchaj – Catherine odstawiła świecznik na komodę i usiadła przy niej na łóżku. Miała na sobie łososiową koszulę nocną, a ciemne włosy związała z tyłu w luźny warkocz. – Nie chciałam, żeby tak to wyszło.
- Nie? – Liselotte uniosła się na łokciach. – Właśnie o to wam chodziło!
- Nie, Lottie. Nie miałyśmy zamiaru cię ośmieszyć.
- Nie powiedziałaś mi, że za mną stoi! – W oczach ponownie wzbierały jej łzy. – Zrobiłyście ze mnie pośmiewisko…
- Lottie…
- Matka, wy… Kto jeszcze będzie mnie w stanie tutaj ośmieszyć? Zaczynam żałować, że przyjechałam!
- Lottie! Mama rozmawiała z Anną!
- Ha… Teraz, kiedy zobaczyła, że jej interwencja poskutkowała, nie będzie chciała wyjeżdżać.
- Posłuchasz mnie w końcu? – Liselotte spojrzała na nią srogo i legła na wznak. Catherine mówiła teraz cicho i spokojnie. – Przemówiła twojej mamie do rozsądku! Powiedziała, że jej wtrącanie się nie pomaga. Dotarło do niej, że jej pytanie było nie na miejscu. Zanim hrabia wyszedł przeprosiła go za swoje zachowanie.
- Pięknie…
- Coś nie tak? O to ci chodziło.
- Przeprosiłam za nią w czasie naszego tańca.
- Ach, to o tym wtedy rozmawialiście…
- Jestem pod stałą obserwacją? – Catherine uniosła wzrok. – Z resztą… Uznał jej pytanie za coś zupełnie naturalnego.
- Widzisz? I czym się martwisz?
Nie… Catherine nie zrozumie, nawet, jeśli będzie bardzo chciała. Nigdy to nie będzie w stanie pojąć, co ona teraz czuje.
- Mama wyjedzie? – Liselotte ściszyła głos. Uspokoiła oddech.
- Prawdopodobnie.
Wstała. Jej biała koszula nocna zafalowała, kiedy dziewczyna podeszła do toaletki i usiadła na krzesełku. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Włosy były rozczochrane; sterczały w nieładzie. Sięgnęła po szczotkę i powoli, delikatnie zaczęła je rozczesywać.
- Mama mówi – szepnęła Cathie – że hrabia został zaproszony na śniadanie. Przyjął zaproszenie…
- To część planu? - Zobaczyła, jak lustrzane odbicie Catherine pokiwało głową.
- Uśmiechnij się do niego jeszcze parę razy. Zachęcisz tym swoją mamę do wyjazdu, a i sama trochę poprawisz sobie humor.
- Naprawdę jesteś tak naiwna?
Cathie spuściła wzrok. Podeszła nieśmiało i wyjęła szczotkę z chłodnej dłoni Liselotte.
- Spróbujmy – Zgarnęła jej włosy do tyłu i zaczęła delikatnie czesać długie, ciemne pasma.
- Zostanę uznana za wariatkę… - Odbicie kuzynki spojrzało w jej oczy. – Uśmiecham się do niego na waszą prośbę, później będę go unikać lub po prostu ignorować. Jak to będzie wyglądać? Co powiedzą ludzie?
- Nie przejmuj się tym, co ludzie o tobie mówią. Ważne, że ty wiesz, jaka jesteś.
- Głupia i naiwna – mruknęła do siebie. Miała ochotę krzyczeć z bezsilnej złości.
Przez długi czas obie panny siedziały w milczeniu. Catherine czesała Liselotte, by w końcu zapleść jej długie włosy w warkocz. Panna Berge zmyła z buzi resztę pudru i położyła się do łóżka.
 - Jutro spojrzysz na to z innej strony. – powiedziała Catherine. Ostatni raz uśmiechnęła się do kuzynki i wyszła, z powrotem zamykając drzwi na klucz.





< Poprzedni rozdział                                                              Następny rozdział >
STAŁY CZYTELNIK  
 
Nazwa użytkownika:
Hasło:
 
Ciekawostki...  
  ....................................................
* Le Boucher - z francuskiego: "rzeźnik"
....................................................
* wiek Liselotte wciąż podlega rozważaniom, jako że jej matka uważa ją za dorosłą kobietę czego w jej zachowaniu i sposobie myślenia jeszcze nie widać
....................................................
* Gerard Chevrot utożsamiany jest z Erickiem Leroux'a (Le Phantome de l'Opera)
....................................................
* Nazwisko Gerarda prawdopodobnie ulegnie zmianie
....................................................
 
Tło muzyczne...  
   
Jeśli...  
  .................................................... ...masz jakąś koncepcję incydentów pomięczy Berge i Chevrot'em? PODZIEL SIĘ ZE MNĄ I POCZEKAJ! Może twój pomysł nie jest najgorszy? ;) ....................................................  
5125 odwiedzający
Powyższą powieść obowiązują prawa autorskie, rozpowszechnianie i kopiowanie SUROWO ZABRONIONE! Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja